Stoję nad przepaścią. Z podciętych nadgarstków płynie krew. Chłodny wiatr owiewa mi ramiona. Blask księżyca muska światłem policzki. Już czas. Robię jeden krok do przodu. Pochylam się nad czarną otchłanią. Skaczę.
Obudziłam się gwałtownie siadając na łóżku. Byłam spocona, ale było mi strasznie zimno. Zerknęłam na zegarek stojący na regale z książkami. 3:24. Westchnęłam głośno i wygramoliłam się spod kołdry. Musiałam się nieźle w nocy kręcić bo trochę mi to zajęło. Normalnie kocham takie koszmary...Podeszłam do okna i przymknęłam je bo było otwarte na oścież. Pocierałam sobie ramiona próbując je choć trochę ogrzać i patrzyłam na nocny krajobraz leśny. Boże jak ja kocham las. Widok wysokich drzew zawsze napawał mnie spokojem i uczuciem bezpieczeństwa. Po takich snach zazwyczaj potrzebuję dawki cukru, ale nie chciało mi się gotować wody na czekoladę więc po prostu wzięłam koc z łóżka i opatulając się nim, usiadłam na krześle przy oknie. Siedziałam tak rozmyślając o wszystkim i o niczym i jak zwykle nic nie wywnioskowałam. Cała ja. Kiedy powieki miałam już jak z ołowiu w końcu doczołgałam się do wyra i zasnęłam po 5 minutach układania sobie pościeli.
Rano, jak co rano poranna toaleta. Sięgałam właśnie po krem na blizny ale się rozmyśliłam. Jestem inna, co z tego? Cięcie się to nie jest powód do dumy, ale do wstydu też nie.
Pociągnęłam rzęsy maskarą i nałożyłam trochę korektora, włosy upięłam w luźnego kłosa. Ubrałam się szybko w jakieś ciemne rurki, bluzę purpurową z wielką czarną gitarą i czarne conversy. Wychodząc złapałam ze stołu croisanta, telefon i torbę z książkami. Do szkoły odprowadziły mnie rytmy Thousand Foot Krutch, a po szkolnych korytarzach wrzaski uczniów. Jak miło...Szkoda że nie mam jakichś nauszników czy czegokolwiek żeby sobie zapchać uszy. To dopiero drugi dzień szkoły a ja już mam totalnie dość. Jeśli będę miała jeszcze raz takie koszmary jak dzisiejszej nocy to idę spać pod namiot do lasu.
-Ta i co jeszcze? Będziesz szukać Tarzana?-ofuknęłam się w myślach. Szłam sobie tak spokojnie nikomu nie wadząc, aż tu nagle ktoś popchnął mnie od tyłu i poleciałam na szafki. Odwróciłam się powoli próbując się opanować widząc niskiego Rudzielca, z którym ucięłam sobie pogawędkę na rozpoczęciu.
-Masz jakiś problem?-zapytałam starając się nie ściągnąć mu tego okropnego uśmieszku pięścią. Patrzył na mnie przez chwile po czym machnął głową na schody gdzie stał jakiś wielki osiłek z założonymi rękami i obserwował mnie.
-Poznaj mojego kuzyna Briana. Jeśli jeszcze raz będziesz mi grozić to porozmawiasz sobie z nim.-wskazał palcem na ''pudziana''.
-No to może zaprowadzisz mnie od razu do swojej mamy, co? Taki z ciebie twardziel że się zasłaniasz kuzynem? Mało mnie obchodzisz, ale nie chce kłopotów na początku szkoły, więc jak dasz mi święty spokój to odwdzięczę ci się tym samym.-Uniosłam pytająco brwi czekając na jego reakcje aż wreszcie speniał, kiwnął głową i poszedł sobie. Rzuciłam jeszcze okiem na kolesia na schodach i spróbowałam się przemknąć niezauważona na inne piętro kiedy zatrzymał mnie głos Piotrka.
-No, no, jestem pod wrażeniem. -stał oparty o szafkę i przyglądał mi się z rozbawionym wyrazem twarzy. Nogi już odmawiały mi posłuszeństwa, ale jeszcze stałam.
-Nie ma o czym dyskutować. Idziesz na lekcje?-przybrałam obojętny ton z myślą, że może uda mi się ukryć przed nim to jak na mnie działa.
-Ledwo się pohamowałaś, żeby mu nie przyłożyć. Szybko wpadasz w furię. Ale coś tak myślę, że akurat jemu to każdy z chęcią by mu przywalił.-rzucił mi okrutny uśmieszek i poszliśmy razem na pierwszą lekcję gadając o tym kto by mocniej przyłożył Rudzielcowi.
Po lekcjach, które były nudne jak flaki z olejem, przypomniało mi się, że muszę oddać Piotrkowi kartkę. Jak mu nie oddam to może mi już więcej nie pożyczy. Złapałam go jak wychodził ze szkoły, ale musiałam trochę pobiec, czym przysporzyłam sobie niezłej zadyszki. Muszę chyba zacząć biegać czy coś...
-Piotrek! Czekaj, eeee..ja chciałam ci...oddać tą kartkę...no wiesz...-wydyszałam z siebie próbując złapać oddech. Podałam mu kartkę a on spojrzał na mnie podejrzliwie.
-Zgaduję, że nie uprawiasz żadnego sportu.
-Raczej nie, ale chyba zacznę...
-Jak chcesz to możesz biegać rano ze mną. Mieszkam chyba niedaleko ciebie. Fajnie będzie mieć jakieś towarzystwo.-dodał trochę zakłopotany.
Wow. Zaskoczył mnie trochę, ale to był nawet dobry pomysł. Nawet nie chce myśleć o tym, o której musiałabym wstać żeby iść sobie z nim podyszeć...
-No dobra, czemu nie. Ale to gdzie i kiedy?-uśmiechnęłam się zachęcająco na co Piotrek chyba nieco się rozluźnił.
-No ja zawsze biegam tak przed szkołą, więc może o 6:30? pobiegamy pół godziny na początek, bo dłużej chyba nie wytrzymasz.
CZY ON ZE MNIE KPI?! 6:30?! Ja o tej godzinie nawet do szkoły nie wstaje...Ukryłam zdziwienie i podałam mu swój adres. Okazało się, że mieszkamy dość blisko siebie. Gdyby nie to, że musiałam jeszcze iść do sklepu to moglibyśmy pójść razem do domu, ale nie. Mojej mamie akurat zachciało się burrito! No trudno. pożegnaliśmy się i rozeszliśmy.
Wieczorem szukałam w szafie czegoś co mogłabym założyć na taki jogging. Choć pewnie to będzie coś w rodzaju ''Biegnij, biegnij, ja cie dogonię tylko złapię oddech'', czyli ja sobie chodzę a Piotrek sobie biega. Wyciągnęłam jakieś krótkie spodenki, bluzę i adidasy.
-Noooo. To jestem gotowa.-powiedziałam na głos i położyłam się do łóżka.
Hej.;3 pisałam tą notkę chyba ze 3,5 godziny więc mam nadzieję, że wam się podoba.;)



